Wkrótce: „Deszczowa kołysanka”

Dźwięki. Ile znaczyły w jego życiu? Początkowo były jedynie dodatkiem, rozrywką, z biegiem lat nabierały znaczenia i niepostrzeżenie wypełniały godziny, dni, tygodnie, miesiące, lata po same brzegi, stając się treścią życia. Budził się nad ranem i szedł kilka kilometrów do lasu, żeby nagrać głosy ptaków o świcie, trzask gałązki łamiącej się pod jego butami, szum wiatru w koronach drzew, szelest ubrania, kiedy ostrożnie przedostawał się pomiędzy zaroślami, podążając w głąb zagajnika. Coraz częściej sam tworzył dźwięki. Na stole rozsypywał drobne, mniejsze i większe kamienie, jeździł po nich drewnianym kołem uzyskując doskonałą iluzję wozu jadącego po żwirowej alei, potem rozgrzewał na patelni tłuszcz, a nagrany dźwięk do złudzenia przypominał deszcz. Taki był początek utworu. Koła wozu na dzikiej ścieżce w narastającym deszczu, w oddali szelest liści w przydrożnych zaroślach.
A potem dodawał klawisze, drobne dźwięki w tonacji d-mol i perkusję – pojedyncze, mocne, rytmiczne uderzenia jak bicie serca, najpierw spokojne, a w końcu – coraz bardziej przyspieszone, które po chwili wypełniają całą przestrzeń, wyznaczając rytm. Muzyka była podróżą. (…) Dźwięki go pochłaniały, przenosiły, uwalniały od wszystkich myśli, codzienności, trosk, nostalgii, samotności, niepokoju. Stawał się częścią innego wymiaru. Muzyka była światem równoległym. Umysł stawał się na chwilę czysty, wypełniony dźwiękiem jak jasnym światłem. Po skomponowaniu całego utworu wracał do życia silniejszy,
z radością, której nie sposób było ubrać w żadne słowa, aż do następnego załamania i schronienia w świecie równoległym, w którym mógł wylizać rany jak zranione zwierzę, oczyścić się, podnieść. Jeszcze raz włączył kolejne nagranie. W tle było słychać dźwięk rozsuwanej zasłony okiennej, stuknięcie łyżeczki o spodek filiżanki przy porannej kawie, nieznaczny szelest kartki przy odwracaniu kolejnej strony w książce.

Nawigacja po wpisie